Obrazek pokazujący grafikę Google

Cmentarzysko Google - czyli dlaczego nie o genialny pomysł chodzi

Czy jest jakiś przepis na sukces, który warunkuje powodzenie lub niepowodzenie przedsięwzięcia? Niestety nie dysponujemy na razie takim wzorem, jednak najwięcej można nauczyć się na błędach najlepiej cudzych. Kopalnią, a właściwie cmentarzyskiem ciekawych refleksji na ten temat jest strona gcemetery.com. Zebrano tu wszystkie pomysły Google’a, które okazały się fiaskiem. Jednym z nich był gadżet rodem z serii o agencie Bondzie. Jamesie Bondzie.

Co mogło pójść nie tak?

Inicjatywa Google Glass powstała na założeniu, a nie realnej potrzebie. Nowatorskie okulary miały pozwolić na bezpośrednie łączenie się z Siecią i korzystanie z filtra sztucznej inteligencji, który informowałby na bieżąco o zwiększonym ruchu na drodze do pracy lub aktualnej prognozie pogody. Brzmi świetnie, prawda? Niestety Google nie wziął pod uwagę, że w 2020 r. będziemy raczej dążyli do zminimalizowania nasycenia bodźcami. Potrzeba odcięcia się od świata online jest widoczna zwłaszcza u pokolenia, które od najmłodszych lat korzystało z jego dobrodziejstw i już teraz ma problem z oddzieleniem świata wykreowanego z tym realnym.

Zagrożenia online’u

Posiadamy już pewną wiedzę dotyczącą wpływu mediów społecznościowych na kształtowanie się psychiki młodzieży. Ciekawą perspektywę na to zagadnienie dało badanie przeprowadzone przez University College London i Imperial College London. Przeanalizowano w nim zachowanie ok. 10000 nastolatków z Wielkiej Brytanii. Przez kilka lat śledzono czas spędzany przez nich w aplikacjach, takich jak Facebook, Instagram, Twitter, Snapchat czy WhatsApp. Po tym czasie zaczęto dociekać, czy problemy, z którymi boryka się młodzież na co dzień (cyberprzemoc, problemy ze snem, złe samopoczucie), mogą być bezpośrednio powiązane z użytkowaniem mediów społecznościowych.

Faktycznie, im częściej nastolatki korzystały z mediów społecznościowych, tym na większy stres psychiczny się skarżyły. Jednak największym zagrożeniem świata online wydaje się tak naprawdę kradzież czasu. Czas spędzony przed ekranem smartfona zabiera użytkownikiem okazję do wyspania się, ćwiczeń czy spotkań twarzą w twarz ze znajomymi – rzeczy te są ściśle związane ze zdrowiem psychicznym. I to właśnie m.in. brak tej świadomości pogrzebał innowacyjny pomysł Google’a.

Strach przed inwigilacją

Jak wiele wie o nas nasz smartfon? Kto jest już przyzwyczajony do otrzymywania informacji o tym, że droga do domu lub pracy jest o kilkanaście minut dłuższa niż zazwyczaj? Właśnie niechęć przed utratą prywatności była drugą prawdopodobną przyczyną wycofania projektu Google Glass. Trudno sobie wyobrazić, że w dobie oswajania się z RODO, organy prawne byłyby w stanie egzekwować odpowiednie regulacje dla okularów, które śledzą wszystko, co widzi ich użytkownik – np. przechodniów.

Mimo wszystko pomysł Google Glass może zostać reaktywowany w przyszłości. Czy tak się stanie? A może patent zostanie przez jakąś firmę lub instytucję wykupiony? Nic na razie na ten temat nie wiadomo. Jednak pomysł Google można wykorzystać do pewnej lekcji. Przed wprowadzeniem każdego produktu konieczna jest analiza aspektów prawnych, trendów rynkowych oraz zachowań grupy docelowej. Bez pogłębionych badań łatwo dać się ponieść przekonaniu o geniuszu własnego pomysłu i tym samym podzielić los Google Glass.


tak naprawdę

Fenomen tak naprawdę

Fenomenem jest Iga Świątek. To rozumiem. Ale dlaczego fenomenem stało się tak naprawdę?

Nie dostrzegałem problemu wcześniej. Nawet jeszcze w 2019 r. Być może zauważyłbym go, gdybym częściej korzystał z YouTuba, albo TikToka? Jednak - chyba szczęśliwie - dotrwałem w niewiedzy do początków 2020 r. I wtedy, wraz z pandemią, zaczęło się: liczba wideotransmisji, w tym webinariów, spowodowała, że nie mogłem już dłużej udawać osoby nieświadomej popularności sformułowania tak naprawdę.

Rzesza prelegentów reprezentujących różne branże i różne profesje, opowiadających o różnych problemach i różnych rozwiązaniach, będących w różnym wieku i różnych płci - i jeden wspólny mianownik: tak naprawdę.

W zdecydowanej większości zarejestrowanych przeze mnie wypadków schemat użycia tak naprawdę jest podobny i występuje w dwóch odmianach.

Na początek przez kilka minut i kilka akapitów osoba prowadząca referuje jakąś kwestię, wyjaśnia i tłumaczy, po czym ni stąd, ni zowąd oświadcza, że tak naprawdę jest jednak inaczej niż to opisała przed chwilą. Jako odbiorca przeżywam zaskoczenie i oczekuję zatem rewolucyjnej tezy. Tymczasem dostaję rozczarowanie, bo tak naprawdę okazuje się, że jednak 2+2=4. Niestety. Naprawdę 2+2 to 4.

Ale w swoje odmianie drugiej tak naprawdę jest już lepiej. Interlokutor przed kamerą komputera po wygłoszeniu sporej dawki mniej lub bardziej merytorycznych kwestii oświadcza, że tak naprawdę to nie ma znaczenia. Mówi mi – a ja siedzę z szeroko otwartymi oczami – że mogę zapomnieć o wszystkim czego się dotychczas dowiedziałem, bo wystarczy zapamiętać wyłącznie to, co tak naprawdę usłyszę teraz. I pada wówczas złota myśl, w zamyśle autora rozwiązująca wszystkie moje dylematy. De facto nie rozwiązuje. Nie szkodzi. O tym, że coś jest tak naprawdę słyszę jeszcze kilka razy, nim kończy się wystąpienie.

I w jednym i drugim wypadku posługujący się tym sformułowaniem w zasadzie doprowadzają do zbagatelizowania swoich wcześniejszych wywodów, lub też osiągają efekt zanegowania obiektywnie prawdziwych treści czyniąc siebie ostateczną wyrocznią.

Dzieje się tak poniekąd wbrew ich woli i niejako przez przypadek, właśnie na skutek użycia zwrotu tak naprawdę. Użycia albo nie w tym miejscu, w którym paść powinien, albo użycia … w zbyt wielu miejscach.

Daleki jestem od piętnowania tak naprawdę jako sformułowania nic nie wnoszącego, zbędnego w naszym słowniku. Rzecz w tym, że jest nadużywane i wykorzystywane w nieodpowiedni sposób.

Przytoczę jak funkcję językową tak naprawdę wyjaśniał prof. Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego: „Jeśli chodzi o zwrot tak naprawdę, to należy on do licznej grupy jednostek metatekstowych, których używamy w celu skomentowania własnej wypowiedzi. Inne przykłady – choćby ściśle biorącnawiasem mówiącby tak rzecza przeproszeniemjak to się brzydko mówi – uświadamiają, że grupa ta jest dość zróżnicowana.”